Bieszczady przestały być dziką krainą dla wtajemniczonych. Jednak nie wszystkim turystom udaje się wrócić z gór o własnych siłach. Wtedy na pomoc wzywają Górskie Ochotnicze Pogotowie Ratunkowe. Postanowiliśmy przekonać się na miejscu, jak w trudnych warunkach sprawdza się Chevrolet Captiva, którym ratownicy GOPR jeżdżą na pomoc turystom znajdującymi się w tarapatach.

Trasę z Warszawy do Rzeszowa udaje nam się z fotoreporterem przejechać bez większych problemów, tym bardziej że za radą innych boleśnie doświadczonych kierowców nie pojechaliśmy na Rzeszów „prosto jak strzelił”, ale przez Lublin. Na trasie skutecznie prowadzi nas GPS. Okaże się, że do czasu… Zaczynają się Bieszczady. Coraz więcej zakrętów, a do tego nadciąga zmierzch. Na trasie mijamy grupki turystów. Przyjemnie zaskakuje fakt, że każda grupa sygnalizuje latarką swoją obecność przy drodze. Niektórzy turyści mają odblaski. Okazuje się, że jednak turyści w Polsce podchodza coraz bardziej profesjonalnie do turystyki.
Droga w górach jest dobra, chociaż bardzo kręta. Jednak w pewnym momencie mijamy znak z ostrzeżeniem, że czeka nas 7-kilometrowy, nieremontowany odcinek. Co tu oznacza słowo „nieremontowany” przekonujemy się już po kilkuset metrach – to nie droga, lecz mozaika z dziur. Zatrzymujemy się i studiujemy mapę. Okazuje się, że GPS poprowadził nas na skróty. Mijają nas jeszcze dwa auta, których kierowcy najwyraźniej bezkrytycznie zawierzyli GPS-owi, bo również oni wkrótce rezygnują z tego „skrótu” i zawracają. Musimy ponownie zjechać do głównej trasy na Ustrzyki Górne. Na drugi dzień przekonamy się, że Captiva na wyposażeniu GOPR nie boi się i takich dróg.
W końcu dotarliśmy do celu. Neon stacji GOPR w niewielkich Ustrzykach Górnych widoczny jest z daleka. Tej nocy służbę pełnią ratownicy Mieczysław Wójcik i Kamil Krechlik. Mówią, że jest spokój, większość turystów dotarła już na kwatery. Ale nigdy nie wiadomo, kiedy trzeba będzie wyruszyć z odsieczą. – Najczęściej przytrafiają się skręcenia nogi w kostce albo zasłabnięcia – mówi Mieczysław Wójcik. – Zdarza się, że ktoś przeceni siły i po prostu nie jest w stanie wrócić z wycieczki. Wysłuchujemy serii anegdot o niefrasobliwych turystach. Jak ta o mężczyźnie, który odszedł na chwilę od wypoczywającej grupy i spotkał małego niedźwiadka. Zamiast zostawić zwierzę w spokoju i odejść, on pobiegł po aparat fotograficzny i wrócił. Na miejscu niedźwiadkowi towarzyszyła już jego matka, która zaatakowała turystę. Skończyło się na szyciu poranionej głowy, ale mogło być gorzej.
Rano, zgodnie z wcześniejszymi ustaleniami, przyjeżdża Captivą naczelnik grupy bieszczadzkiej GOPR Grzegorz Chudzik. W drugim
wozie towarzyszy mu zawodowy ratownik z grupy krynickiej Tomasz Wiater, który przyjechał z wolontariuszką Aleksandrą. Ruszamy
w góry. Po drodze naczelnik powiadamia dyżurnego Bieszczadzkiego Parku Narodowego, że wjedziemy na ich teren. W tym regionie
„rządzi” Straż Graniczna, GOPR i Bieszczadzki Park Narodowy. Do lat 80. był to rejon mocno strzeżonej granicy ZSRR. Do dziś
można tu znaleźć pozostałości tzw. sistjemy. Po obu stron granicy znajdowały się zasieki, a pas graniczny zaorywano dwa razy
w tygodniu. Dziś granica z Ukrainą jest jednocześnie granicą Unii Europejskiej. O jej szczelność dbają Polacy. – Nie ma tygodnia,
żeby Straż Graniczna nie złapała jakiegoś egzotycznego obcokrajowca – twierdzi Grzegorz Chudzik. – Najczęściej są to obywatele
krajów azjatyckich. Tam – pokazuje na zbocze góry naczelnik – znaleźliśmy Czeczenkę, której dzieci zmarły w czasie nielegalnego
przekraczania granicy.
Dziś nie trzeba punktów orientacyjnych, żeby dowiedzieć, że wkroczyło się na teren innego państwa – z naszych telefonów rozlega
się sygnał SMS-a: „Witamy na terenie Ukrainy…”
Jedziemy doliną do potoku Wąsatka. W oddali widać szczyt Tarnicy, najwyższej góry w Bieszczadach.
– Jesteśmy w tak zwanym worku bieszczadzkim, na samym końcu Polski – mówi naczelnik Chudzik.
– Tu już z trzech stron jest Ukraina.
Docieramy do szlabanu, za którym zaczyna się Bieszczadzki Park Narodowy. Szlaban zamknięty jest na solidną kłódkę. Dopiero po jej otwarciu możemy udać się w dalszą drogę. Podjazd jest bardzo stromy, wąski. Drogę usypano z drobnych kamieni. Po pewnym odcinku droga robi się piaszczysta, później znowu odmiana. Kierowca „zwykłego” auta już dawno wzywałby pomoc. Napęd na koła Captivy jest sterowany elektronicznie. Jeśli jest różnica obrotów na tylnej i przedniej osi, wtedy uruchamia się napęd na cztery koła. – To bardzo dobre auto – mówi Grzegorz Chudzik. – Doskonale sprawdza się na nawierzchniach szutrowych, piasku, śniegu, a nawet lodzie. Świetnie trzyma się drogi i bardzo dobrze wchodzi w zakręty, co przy bieszczadzkich trasach nie jest bez znaczenia.
– Ta droga powstała w latach 70. Gdybyśmy jechali nią dalej, dotarlibyśmy do ukraińskiej wsi. Tu miało być uruchomione przejście graniczne, ale Park Narodowy nie wyraża zgody.
Naczelnik Grzegorz Chudzik tym egzemplarzem Captivy jeździ już od roku. – Rocznie robię jakieś 30 tysięcy kilometrów. Z tym wozem nie miałem najmniejszych problemów, nie było żadnych napraw, wizyt w warsztacie, poza wymianą oleju.
Bez najmniejszych problemów pokonujemy górską drogę, podobnie jak towarzysząca nam druga Captiva. – A teraz proszę zaciskać usta, żeby nie krzyczeć z zachwytu – zwraca się do nas naczelnik. Rzeczywiście, widoki, które się przed nami roztaczają, wyjaśniają zauroczenie Bieszczadami wśród tak wielu ludzi.
Nie wszystkim podziwianie widoków w Bieszczadach wyszło na zdrowie. Od 1961 roku na terenie działania grupy bieszczadzkiej GOPR, której teren obejmuje Bieszczady i wschodnią część Beskidu Niskiego, odnotowano 79 wypadków śmiertelnych. Średnio 400 razy rocznie (statystyka z wypadkami narciarskimi) interweniują ratownicy bieszczadzkiej grupy.
Chcemy sfotografować typową akcję goprowców, ale telefony i radiotelefony milczą – na szczęście nikt nie potrzebuje pomocy. Towarzysząca nam Aleksandra zgadza się przyjąć role pozorantki i udać, że zdarzyła się jej w górach niemiła przygoda. Cała zainscenizowana sytuacja jest bardzo realistyczna. Po udanej sesji ruszamy na dalszy rekonesans po bieszczadzkich drogach i bezdrożach. Captivą damy radę!
18 grudnia 2006 r. Chevrolet Poland i Górskie Ochotnicze Pogotowie Ratunkowe sfinalizowały podpisaną kilka miesięcy wcześniej umowę dotyczącą przekazania chevroletów captiva na potrzeby ratowników GOPR. Uroczystość przekazania kluczyków do ośmiu SUV-ów Chevroleta odbyła się pod Wielką Krokwią w Zakopanem. Umowa podpisana na trzy lata przewiduje bezpłatne użytkowanie samochodów oraz ich obsługę serwisową. Corocznie flota pojazdów wymieniana jest na nową.
GOPR to organizacja zrzeszająca 1500 ochotników oraz 70 ratowników zawodowych. GOPR od ponad 50 lat niesie pomoc w górach ludziom, których zdrowie lub życie jest zagrożone, zapobiega wypadkom oraz chroni środowisko naturalne. Zadania realizuje poprzez 7 grup regionalnych:
W skład grupy bieszczadzkiej wchodzi 200 ratowników, w tym 16 zawodowych.